Aleksy Surma strona personalna

Jesteś tu: Surma.pl » Moja historia

Moja historia

Email Drukuj PDF

Skoro obiecałem sobie, że w 2012 roku rozpocznę spisywanie swojej historii – zaczynam.

Ale zamierzam to zrobić w formie nietypowego bloga. Otóż będę relacjonował zapamiętane i ważne dla mnie wydarzenia w czasie rzeczywistym.

Zaczynam od 1951 roku a zakończę……. No cóż. Tytuł mojego pamiętnika brzmi:

 

„ Od kołyski aż po grób”

Kwiecień/ maj 1951r.

  Okońsk k/ Maniewicz  USRR (Украинская Советская Социалистическая Республика) 

„Wiekopomna data, mimo braku błyskawic i innych znaków”

W rodzinie Bolesława i Zofii Surma pojawiam się ja. Można się zdziwić dlaczego nie podaje dokładnie daty urodzin ale z opowiadań matki wynikało że urodziłem się ok. 20 kwietnia a zapisany w ZAKS-ie (Urzędzie Stanu Cywilnego) zostałem 02.05.1951 roku. Rodzice po kryjomu dopełnili także i drugiej formalności – ochrzcili mnie w miejscowej Cerkwi, bo katolickiego kościoła po prostu nie było.Ojciec napędził bimbru,sprosił sąsiadów (ukraińców) i w ten sposób uczcił doniosłe wydarzenie. Bo takie ono dla moich rodziców było.Po utracie dzieci i żony, ożenił się  powtórnie.Ja zapewne byłem swoistym darem losu i dla niego( miał 52 lata) i matki, która miała wówczas 39 lat.

 

    Wiosna 1956r. Okońsk k/ Maniewicz  USRR 

 „Śpiewający chłopczyk”

Drugie wydarzenie, które znam z przekazów rodziców zapewne ukształtowało mój organizm na przyszłe lata. Otóż zapewne na znak przyjaźni z polakami, wiejscy bimbrownicy uraczyli mnie szklanką bimbru. Ja (jak sądzę) z powodu wrodzonej wstrzemięźliwości, całej zawartości nie wypiłem- bo gdyby tak było , nie byłoby tych tekstów. Łyknąłem pewnie nieźle bo rodzice najpierw usłyszeli mój śpiew a kiedy wybiegli swojego zataczającego się syna. Przeżyłem a to doświadczenie spowodowało iż czysty alkohol przedkładam nad inne do dziś , chociaż  syn Bartek stara się przekonać mnie do „Danielsa” i innych podobnych wynalazków.

     Lato 1959 r. Busówno/ k. Chełma  Polska 

„ Przez czapkę nie boli?”

Wydarzeniem, które mocno utkwiło w mojej pamięci wiąże się z moim niesfornym charakterem. Po repatriacji do Polski, gdzie ojciec zdecydował się na osiedlenie we wsi Busówno w powiecie Chełmskim, rozpocząłem obwąchiwanie nowego terytorium. Z uwagi na to iż nie miałem bariery językowej (ojciec w domu zawsze rozmawiał ze mną po polsku), nawiązywałem znajomości z rówieśnikami. Kto przeprowadził się na wieś – wie że „nalotki” zawsze są traktowani jako obcy. Aby więc zyskać akceptację włóczyłem się z chłopakami po polach i torfowiskach. Ojciec jako że byłem jedynakiem a i po swoich traumatycznych przeżyciach – zabraniał mi tych wypraw. Oczywiście szybko zapominałem o składanych obietnicach bo kąpiele w „torfiankach” , łowienie ryb i jazdy konne na oklep były niezwykle atrakcyjne. I miarka się przebrała. Po jednej z takich wypraw wiedziałem, że czeka mnie lanie. Szybko więc przemknąłem na strych po zimową uszankę i wpakowałem ją pod spodnie. Kiedy zbiegałem po schodach, ojciec już czekał z pasem. Mimo tego ,( a może poprzez to) a że był niewidomy schwycił mnie bez trudu. Pas świsnął a ja wydałem aktorski okrzyk. Ale „stary miał zbyt czułe ucho i wychwycił w tym coś fałszywego. Pomacał mój tyłek no …. i od tej pory wiedziałem, że nie uda mi się go przechytrzyć. Bolało jak diabli pomimo czapki. Dziś wiem, że to lanie ze strachu aby nikogo już z rodziny nie utracić. A i wtedy za długo nie żywiłem urazy.

        Lata 1958 – 1965 Busówno

„ Tak hartowała się stal”

Szkoła podstawowa był dla mnie też „szkołą przetrwania”. Zrozumiałem po wielu próbach pozyskania przyjaciół , że zawsze będę obcy. Zatem jeśli nie mogłem być „swój” musiałem w inny sposób zaznaczyć swoją pozycję wśród rówieśników. Terenem mojej dominacji stał się sport. W owych latach był on oczkiem w głowie władz zarówno szkolnych jak i administracyjnych. Odbywały się liczne międzyszkolne spartakiady od gminnych po wojewódzkie. Szybko stałem się czołowym zawodnikiem w skoku wzwyż, dal oraz siatkówce. Pozwalało mi to na łaskawe oko niezapomnianej dyrektorki Dudek, która uczył tez matematyki. A tu byłem „cienias „. Pani dyrektor miała siostrę, która prowadził gminną bibliotekę. To ona zaszczepiła mi miłość do książek, która pozostała do dziś. Szkołę do dziś pamiętam przez pryzmat sportu, setek zczytanych książek i braku bliskich rówieśników. Nauczyłem się liczyć tylko na siebie i radzić w każdej sytuacji. Tak jak moi bohaterowie, Monte Christo, D; Artagnan, Winnetou i inni. O dziwo nie zaznałem też nieszczęśliwej miłości. Owszem długo na widok „jednej takiej” serce biło mi mocniej ale wiedziałem że jeśli się zaangażuję – gromada swojaków, rzuci mi się do gardła. No cóż. "Tak hartowała się stal "Laughing

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com